Budzę się w twardym łóżku otoczonym szklaną szybą.
- Co to, na kwarantannie byłam? - wybucham niekontrolowanym śmiechem, ale po chwili zaczyna mnie zastanawiać co tu robię i gdzie jestem. - To szpital jest...?
Spostrzegam, że jestem podłączona do kroplówki w połowie pustej. Wyjmuje te wszystkie rurki... Brrrrr, nie cierpię igieł.
- Dobra... to już jest dziwne.... ostatnie co pamiętam to... zielony sufit gabinetu pielęgniarki. No dobra, wstanę i się rozejrzę. - ŁUP! Tym sposobem ląduje na podłodze. Nie mam czucia w nogach!
- CO JEST! - Patrzę. A po moich dawnych nogach nie zostało śladu, te są chude... jak patyki, zupełnie jak u niektórych dziewczyn, z których się nabijałam. Ale one mogły chodzić. Wybucham płaczem.
- Nie, nie będę płakać! - zagryzam wargę żeby powstrzymać kolejną rzecz, której w sobie nie cierpię. Cała ta sytuacja skojarzyła mi się z filmem "Wallie", który kiedyś oglądałam. Tam ludzie byli tak rozpieszczeni, że nie potrafili już stać o własnych siłach i latają statkiem kosmicznym. A wszystkie śmieci lądują na Ziemi. Ale oczywiście happy end i na koniec wracają na ojczystą planetą i sadzą rośliny, pizze na przykład (taki żarcik ;))
Próbowałam poruszyć najpierw palcami - udało się. Następnie zaczęłam kręcić kostką, kolanem i całą nogą. Tak zrobiłam z drugą i ostrożnie próbowałam się podnieść. Kilka siniaków i stłuczeń zarobiłam, ale już prawie szłam. Można to tak nazwać. Przytrzymałam się stolika nocnego i biała teczka rzuciła mi się w oczy... otwieram.
_______
Dokończe
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz